- Coś się tak uwziął na tego True?! Co on ci zrobił? Mówię ci,

Podróż przebiegała w napiętym milczeniu.

- Czy jesteś prawdziwy? - spytał Gołąb Podróżnik.
- Mark, ja nie mogę...
- Nie. Nie staje mi, kiedy je łykam. Nie było dla nikogo tajemnicą, że raz w tygodniu Huff odwiedzał kobietę, która mieszkała na obrzeżach miasta. O ile Beck wiedział, stary był jej jedynym klientem i zapewne opłacał ją sowicie za to, aby tak zostało. - Jeżeli mam wybierać między nadciśnieniem i impotencją, wolę to pierwsze, dziękuję bardzo. - Jasne, jasne - rzucił Chris, wchodząc do biura ojca. Jak zwykle był nienagannie ubrany i uczesany. Każdy włosek na swoim miejscu, garnitur bez najmniejszego zagniecenia. Beck często się zastanawiał, jak to się udawało Chrisowi, kiedy temperatura przed południem przekraczała trzydzieści stopni Celsjusza. - Widzę, że umknęła mi interesująca rozmowa. Na czym stoimy? Podtekst zamierzony. Huff nalał sobie wody z karafki stojącej na biurku, a Beck w tym czasie opowiedział w skrócie Chrisowi o Charlesie Nielsonie. - Znam ten typ - powiedział Chris lekceważąco. - Tacy prowokatorzy pojawiają się i znikają jak sen złoty. Musimy go po prostu przeczekać. - Nielson wyróżnia się z tłumu. Nie sądzę, żeby miał wkrótce odejść w niepamięć. - Zawsze kraczesz, Beck. - Za to mu płacimy - uciął Huff. - Beck zajmuje się naszymi małymi kłopotami, dzięki czemu nie urastają one do niewyobrażalnych rozmiarów. - Dziękuję za to wotum zaufania - powiedział Beck. - Co mam zrobić w sprawie Nielsona? - Co sugerujesz? - Zignorujmy go. Obaj Hoyle'owie zdumieli się tą odpowiedzią. Beck zostawił im czas na komentarz, ale gdy żaden z nich się nie odezwał, zaczął wyłuszczać swoje argumenty: - Przysłanie kwiatów na pogrzeb było testem. Nielson wie, że to gest w bardzo złym guście i wykonał go wyłącznie po to, by zobaczyć, jak zareagujecie. Mógłbym napisać do niego list potępiający takie zachowanie, ale Nielson odebrałby to jako objaw gniewu lub strachu i wykorzystałby przeciwko nam. Ignorując go, pokażemy, że nie jest wart naszej reakcji, że się nie liczy. To najmocniejsza wiadomość, jaką mógłby od nas otrzymać. Huff w zamyśleniu pocierał wargi. - Chris? - Chciałem zasugerować, żebyśmy podpalili mu dom, ale podejście Becka jest znacznie subtelniejsze. - Wszyscy się roześmieli. - A tak w ogóle, skąd on jest? - Ma kilka filii rozsianych po całym kraju. Jedna z nich jest w Nowym Orleanie i prawdopodobnie z racji owego „sąsiedztwa" nasza firma przyciągnęła jego uwagę. Milczeli w zamyśleniu przez kilka chwil. W końcu Beck zaproponował: - Mógłbym napisać krótki list, dać mu jakoś do zrozumienia... - Nie. Twój pierwszy pomysł jest najlepszy - zdecydował Huff. Wyciągnął zapałkę z pudełka i wstając, przypalił papierosa. - Zaczekajmy na jego kolejny ruch. Niech to ten skurczybyk się zastanawia, co myślimy, a nie na odwrót. - W porządku - odparł Beck. Zadzwonił telefon na biurku Huffa. - Odbierz, Chris, dobrze? Muszę odcedzić kartofelki - rzekł Huff i ruszył w kierunku prywatnej toalety. Chris podszedł do biurka i wcisnął mrugający klawisz. - Sally, mówi Chris. Potrzebujesz Huffa? Z głośnika dobiegł ich nosowy głos anielsko cierpliwej sekretarki Huffa: - Zdaję sobie sprawę, że macie spotkanie, panie Hoyle, ale pomyślałam... że może powinniście
Taka dziewczyna nie nadawała się na krótki romans, z ta¬ką dziewczyną należałoby się ożenić, co w tym wypadku oznaczałoby uwikłanie się na zawsze w życie na zamku, a tego Mark by nie zniósł. To budziło jego najgłębszą od¬razę.
- Co twoja siostra napisała w tym liście?
Łańcuch, któremu właśnie przyglądał się Mały Książę, nie wytrzymał próby i pękł, zaś jedna z jego części zmierzała
nie mogę zostać tu z tobą. To nie wypali. Sam widziałeś, jak wyszło wczorajszego wieczora.
- Gdzie go znalazłeś? - spytała z zachwytem.
Huffa. Okazuje się, że ten gość nie istnieje. To postać wymyślona przez Becka. Sayre opadła na oparcie pobliskiego fotela. - Nie wiem, po co wykombinował sobie taki skomplikowany układ i chyba nie chcę wiedzieć - ciągnął Rudy. - Niemniej, moim ostatnim oficjalnym obowiązkiem wobec Huffa było dostarczenie mu tej informacji dziś rano. - O mój Boże! - W obozie rybackim Huff nie pokazał po sobie, że już wie. Ale w każdej chwili mógł otworzyć kopertę, którą mu zostawiłem, i przeczytać zawartą w niej wiadomość. Kiedy to zrobi, nie wiem, jak zareaguje. - Jasne, że nie wiesz, ty stary tchórzliwy draniu! Sayre zerwała się na równe nogi. Odepchnęła go na bok i pobiegła do drzwi. Opony jej wypożyczonego kabrioletu zadymiły na gorącym asfalcie, gdy wypadła na autostradę. Trzymała wciśnięty klakson, na wypadek gdyby inny kierowca odważył się zajechać jej drogę. Pędziła w kierunku swojego starego domu, myśląc, że tam najprawdopodobniej udał się Chris po opuszczeniu obozu. Nie próbowała się nawet zastanawiać nad konsekwencjami usłyszanej przed chwilą informacji i nad przyczynami tego sprytnie ukutego oszustwa. W tej chwili chciała przede wszystkim ostrzec Becka, zanim Huff dowie się o wszystkim. Docisnęła pedał przyspieszenia. Zbyt szybko skręciła w boczną drogę i prawie obróciło ją w miejscu, gdy koła zabuksowały na żwirze. Niemal rozjechała stadko myszołowów, które pożywiały się padliną oposa na drodze. Zagryzła zęby, przecinając tory kolejowe z prędkością stu dziesięciu kilometrów na godzinę. Wydawało się jej, że jedzie zbyt długo. Kiedy wreszcie znalazła się przed domem, jęknęła, nie widząc żadnego samochodu na parkingu przed wejściem. Zatrzymała wóz tak gwałtownie, że poczuła smród przypalonych opon. Wybiegła z samochodu, nie fatygując się wyłączeniem silnika ani zamknięciem drzwi. Pędząc po schodach na ganek, potknęła się i upadła, boleśnie obcierając dłonie. Zataczając się, pokonała ostatnie kilka stopni i wbiegła na ocieniony ganek. Opatrzone moskitierą drzwi były odblokowane, a wewnętrzna para otwarta na oścież. Wpadła przez nie i natknęła się na Selmę, która właśnie schodziła z góry, niosąc pod pachą koszyk pełen prania. - Widziałaś Becka? Gdzie jest Huff? - zawołała Sayre. - Huffa ostatnio widziałam, gdy wybierał się do obozu rybackiego. A Becka nie widziałam w ogóle. Co się stało? - Sądzisz, że są w fabryce? - Ja... - Zadzwoń do Becka, na komórkę - krzyknęła Sayre przez ramię, ruszając biegiem ku wyjściu. - Powiedz mu, że Huff wie wszystko o Charlesie Nielsonie. Zrozumiałaś, Selma? Huff wie wszystko o Charlesie Nielsonie. - Zrozumiałam, ale... - Powiedz mu, Selmo! Kilka sekund później Sayre pędziła już jak szalona w stronę uśpionych kominów fabryki. Beck zignorował dzwonek telefonu. Schodził właśnie na halę fabryczną. Pozbieranie wszystkich kawałków układanki do kupy zajęło mu zaledwie kilka chwil. Nagle wszystko stało się przeraźliwie jasne. Szczere zapewnienia Chrisa, że nie zabił brata były najprawdziwszą prawdą. To nie on załadował strzelbę, włożył lufę w usta Danny'ego i pociągnął za spust. Nie oznaczało to jednak, że był niewinny. Kiedy dotarł do podajnika, zobaczył Chrisa, który pochylał się nad pracującą maszyną, przyglądając się pracy pasa klinowego. Tuż za jego plecami stał George Robson. Żaden z nich
- Raczej nie. Moglibyście jednak wysłuchać moich marzeń, o których dotąd nie miałam komu powiedzieć. Przez tę
- Wynajmę pokój w hotelu. Dam sobie radę. Proszę mnie tylko zawieźć do mojego siostrzeńca – powiedziała zimno i ponownie odwróciła się do niego plecami.
widok Becka na korytarzu. 30 Sayre poczuła, że robi jej się słabo, ale bez słowa minęła Becka i zniknęła w cieniu spowijającym górny podest klatki schodowej. Po chwili rozległ się łoskot drzwi wejściowych. Beck nie poszedł za nią. Nie chciałaby tego. Był splamiony swoim powiązaniami z Huffem i teraz rozumiał powody jej niechęci do siebie. Zapukał do pokoju Huffa. - To ja - powiedział. Hoyle siedział w fotelu, chociaż Beck odniósł wrażenie, że opadł nań, nawet o tym nie wiedząc. Balansował na brzegu siedzenia, wpatrując się w podłogę, nieświadom tego, że leżący tuż obok jego stóp papieros wypala dziurę w dywanie, Beck podniósł niedopałek i zgasił go w popielniczce stojącej na stoliku obok fotela. Dopiero wtedy Huff zareagował na jego obecność. - Beck. Jak długo tu jesteś? - Wystarczająco długo. - Słyszałeś, co powiedziała mi Sayre? Beck pokiwał głową. - Wszystko w porządku? Masz takie wypieki. - Jeszcze żyję. Jeszcze. - Huff zmarszczył brwi, spoglądając na rozlany alkohol. - Przydałby mi się drink. Beck nalał mu trochę wody i powiedział: - Zacznij od tego. Huff skrzywił się z niechęcią, ale wychylił szklankę. Odchylając się w fotelu wypuścił powietrze z płuc. - Co za cholerny dzień - warknął. - Zaczął się od pikiety przed odlewnią, a teraz się dowiedziałem, że Sayre jest bezpłodna. Zaiste doskonały akcent końcowy. - Tylko to cię obchodzi? - Słucham? Beck usiadł na kanapie naprzeciwko Huffa. - To, o czym rozmawialiście, Huff... przecież jeśli twoja jedyna córka... Huff spojrzał na niego, jakby chciał przerwać to jąkanie i usłyszeć sedno wypowiedzi. Skoro jednak sam nie zrozumiał, o co chodzi, Beck też mu tego nie uświadomi. - Nie wiem, co chciałem powiedzieć. W końcu to prywatna sprawa między tobą i Sayre - dokończył Beck. - Tak. Była nią od tamtej nocy, gdy się to zdarzyło. - „Zdarzyło"? Sayre nie straciła dziecka przez czysty zbieg okoliczności, Huff. Wymusiłeś na niej aborcję. - Była jeszcze gówniarą - krzyknął Huff, gestykulując niecierpliwie. - Nie zamierzałem pozwolić, by zniszczyła sobie życie, zanim na dobre je zacznie, zwłaszcza obciążając się dzieciakiem Clarka Daly'ego. Wiesz, dlaczego zaszła w ciążę, prawda? - Żeby zapewnić sobie małżeństwo z Dalym - odparł Beck, chociaż pytanie Huffa nie wymagało odpowiedzi. - Otóż to. Powstrzymałem ich przed ucieczką. Rodzice Clarka poddali się dość szybko, gdy zagroziłem jego ojcu utratą pracy. Wysłali syna na wakacje do kuzynów w Tennessee. Pomyślałem, że odległość dzieląca Clarka i Sayre zakończy ich romans, ale Sayre znowu mi się przeciwstawiła. Pewnego weekendu wymknęła się z domu i spotkała potajemnie z Clarkiem. Potem, miesiąc później, przychodzi do mnie, zadowolona, i oznajmia, że jest w ciąży i nie mogę
podcast biznes


jednak
Z jednej strony ją to ucieszyło, a z drugiej...
- Nie. Nie staje mi, kiedy je łykam. Nie było dla nikogo tajemnicą, że raz w tygodniu Huff odwiedzał kobietę, która mieszkała na obrzeżach miasta. O ile Beck wiedział, stary był jej jedynym klientem i zapewne opłacał ją sowicie za to, aby tak zostało. - Jeżeli mam wybierać między nadciśnieniem i impotencją, wolę to pierwsze, dziękuję bardzo. - Jasne, jasne - rzucił Chris, wchodząc do biura ojca. Jak zwykle był nienagannie ubrany i uczesany. Każdy włosek na swoim miejscu, garnitur bez najmniejszego zagniecenia. Beck często się zastanawiał, jak to się udawało Chrisowi, kiedy temperatura przed południem przekraczała trzydzieści stopni Celsjusza. - Widzę, że umknęła mi interesująca rozmowa. Na czym stoimy? Podtekst zamierzony. Huff nalał sobie wody z karafki stojącej na biurku, a Beck w tym czasie opowiedział w skrócie Chrisowi o Charlesie Nielsonie. - Znam ten typ - powiedział Chris lekceważąco. - Tacy prowokatorzy pojawiają się i znikają jak sen złoty. Musimy go po prostu przeczekać. - Nielson wyróżnia się z tłumu. Nie sądzę, żeby miał wkrótce odejść w niepamięć. - Zawsze kraczesz, Beck. - Za to mu płacimy - uciął Huff. - Beck zajmuje się naszymi małymi kłopotami, dzięki czemu nie urastają one do niewyobrażalnych rozmiarów. - Dziękuję za to wotum zaufania - powiedział Beck. - Co mam zrobić w sprawie Nielsona? - Co sugerujesz? - Zignorujmy go. Obaj Hoyle'owie zdumieli się tą odpowiedzią. Beck zostawił im czas na komentarz, ale gdy żaden z nich się nie odezwał, zaczął wyłuszczać swoje argumenty: - Przysłanie kwiatów na pogrzeb było testem. Nielson wie, że to gest w bardzo złym guście i wykonał go wyłącznie po to, by zobaczyć, jak zareagujecie. Mógłbym napisać do niego list potępiający takie zachowanie, ale Nielson odebrałby to jako objaw gniewu lub strachu i wykorzystałby przeciwko nam. Ignorując go, pokażemy, że nie jest wart naszej reakcji, że się nie liczy. To najmocniejsza wiadomość, jaką mógłby od nas otrzymać. Huff w zamyśleniu pocierał wargi. - Chris? - Chciałem zasugerować, żebyśmy podpalili mu dom, ale podejście Becka jest znacznie subtelniejsze. - Wszyscy się roześmieli. - A tak w ogóle, skąd on jest? - Ma kilka filii rozsianych po całym kraju. Jedna z nich jest w Nowym Orleanie i prawdopodobnie z racji owego „sąsiedztwa" nasza firma przyciągnęła jego uwagę. Milczeli w zamyśleniu przez kilka chwil. W końcu Beck zaproponował: - Mógłbym napisać krótki list, dać mu jakoś do zrozumienia... - Nie. Twój pierwszy pomysł jest najlepszy - zdecydował Huff. Wyciągnął zapałkę z pudełka i wstając, przypalił papierosa. - Zaczekajmy na jego kolejny ruch. Niech to ten skurczybyk się zastanawia, co myślimy, a nie na odwrót. - W porządku - odparł Beck. Zadzwonił telefon na biurku Huffa. - Odbierz, Chris, dobrze? Muszę odcedzić kartofelki - rzekł Huff i ruszył w kierunku prywatnej toalety. Chris podszedł do biurka i wcisnął mrugający klawisz. - Sally, mówi Chris. Potrzebujesz Huffa? Z głośnika dobiegł ich nosowy głos anielsko cierpliwej sekretarki Huffa: - Zdaję sobie sprawę, że macie spotkanie, panie Hoyle, ale pomyślałam... że może powinniście

którą wyglądały wysokie okna, nabrała lawendowego koloru, jak kilka storczyków w doniczkach, które kwitły obficie. Zapadał zmierzch. Soczysta zieleń paproci przywodziła na myśl chłód, tak upragniony po upalnym dniu. Oranżeria wydawała się oazą zapraszającą gości, by się odprężyli, wyciszyli. Jednak dziś potrzeba było czegoś więcej niż tylko atmosfery tropików, żeby go uspokoić. Huff ułożyl się na szezlongu z kilkoma poduszkami pod plecami. Trzymał w dłoni szklaneczkę z burbonem, ale nie palił, spełniając tym życzenie zmarłej żony, aby nie przynosić papierosów do tego pomieszczenia. - Dobrze się czujesz? - spytał Beck. - Zdaje się, że lepiej niż ty. Gdybyśmy mieli się założyć, który z nas ma teraz wyższe ciśnienie, postawiłbym pieniądze na ciebie, - Czy to takie oczywiste? - Powiedz mi, co się dzieje. Beck westchnął głośno i oparł się wygodniej o poduszki na krześle. - Obrywa się nam ze wszystkich stron, Huff. - Po kolei. - Po pierwsze, mamy kłopoty z Paulikiem. Rozmawiałem przez telefon z doglądającym go lekarzem. Prognozy na wyleczenie są dobre. Fizycznie Billy radzi sobie doskonale, tak jak się można było spodziewać. - Ale? - Ale wpadł w głęboką depresję. - To oznacza konieczność zatrudnienia psychologa burknął niezadowolony Huff. - Nie dostaliby na to pieniędzy, nawet gdyby wypełnili formularz, czego nie zrobili. Myślę, że powinniśmy im zaoferować opłacenie sesji u psychiatry. Huff skrzywił się z odrazą. - Ci lekarze nieźle nakręcają sobie koniunkturę. To przekręt. - W niektórych przypadkach zapewne tak. Zważywszy jednak, że Billy przechodzi ciężki okres pod względem emocjonalnym i umysłowym, wydaje się dość logicznym posunięciem. Poza tym przysporzyłoby to nam popularności, której desperacko potrzebujemy. - W porządku, ale tylko kilka spotkań - zdecydował Huff. - Nic na dłuższą metę. - Powiedzmy, pięć sesji. - Powiedzmy, trzy. Co jeszcze? - Pani Paulik. Nowy suv, który wysłaliśmy do niej wczoraj, stał na moim miejscu parkingowym, gdy przyjechałem do pracy dziś rano. Wysłałem robotników do jej domu, żeby wykonali część niezbędnych napraw, i tak dalej. Pani Paulik nie wpuściła ich za próg. Odesłała ich z kwitkiem, a potem zadzwoniła do mnie i oświadczyła, że mogę sobie włożyć moje łapówki wiadomo gdzie. Wyprowadza się z twojego domu, „twojego śmierdzącego domu", jak się wyraziła. I dodała, że jeśli myślimy, iż kilka kolorowych paciorków kupi jej milczenie, powinniśmy się jeszcze raz zastanowić. Huff pociągnął łyk burbona. - To jeszcze nie wszystko, prawda? - Nie - odpowiedział Beck z ociąganiem. - Zamierza nas pozwać. - Cholera jasna! Tak powiedziała? - Obiecała nam to. Mieszając bursztynowy płyn w szklaneczce, Huff zamyślił się na kilka chwil. - Założę się, że tego nie zrobi, Beck - rzekł wreszcie. - Swoimi groźbami próbuje zwrócić na


78
dookoła. Cóż, o tej porze roku to oni byli jedynymi obcymi w Outer
www.tanie-odwierty.com.pl

Drzwi między pokojem dziecinnym a sypialnią Tammy były jak zwykle otwarte na oścież. Mark zerknął w stronę łóżka. Było starannie zasiane. Na pobliskim krześle leżała bordowa suknia. W pokoju nie było nikogo. Wyglądało na to, że Tammy przebrała się w swoje ubranie i dokądś poszła...

stu siedemdziesięciu centymetrów. Na pierwszy rzut oka można było
także się denerwował.
- Nieee, motor to dzieło sztuki!Mruczy jak zadowolony kot, a
Jaka jest zachorowalność na covid-19 w Polsce